Odpowiadam za swoje reakcje i nie-reakcje. I jak to robię?

Bardzo proste narzędzie, które wytycza nowe drogi w mojej sieci neuronowej.

Na pewno znasz taki stan, gdy wydarza się coś błahego,
ktoś ukłuje Cię ciętą ripostą albo nie da znać, że wróci później niż zwykle,
a Ty zamiast zareagować równie błaho, tworzysz dramat z wypominkami sprzed 10 lat.

Burza. Toczy się. W Tobie grzmoty. Rzucasz piorunami.
Jest bardzo nieprzyjemnie.
W końcu przechodzi.
A Ty zastanawiasz się „o co chodziło?”
I choć próbujesz odtworzyć klatka po klatce tę sytuację, nie masz zielonego pojęcia, co wywołało u Ciebie tak silną reakcję.

Ja znam to doskonale.
Był to mój stały schemat reagowania przez większość mojego dorosłego życia.
Co więcej, przez 2 lata od wyłączenia bezpośredniego zapalnika, regularnie znajdowałam powód, by nakarmić mój gniew.

Niektórzy będą to tłumaczyć tym, że złość musi zostać wyrażona i nic złego się nie dzieje.
Inni, że powinno się kontrolować emocje skoro jest się „dorosłym”.
Jeszcze inni poradzą, by zaopiekować się swoim wewnętrznym dzieckiem.

Pewnie jeszcze wiele różnych koncepcji można tutaj wysnuć.
Ale prawda jest taka, że ja wiem, że nikomu te burze nie służyły.
Że są nie fair wobec mnie, wobec Osoby, której przydałby się piorunochron i jeszcze wobec tej najbardziej niewinnej Osóbki, która stoi obok.

Myślałam, że gdzieś na zewnątrz jest ktoś lub coś, kto/co potrafi czarodziejskim sposobem rozgonić te czarne chmury.
Rozświetlić niebo słonecznym, ciepłym światłem raz na zawsze.
Jednak taki ktoś / takie coś nie istnieje.

Wróciłam więc do tematu współuzależnienia.
Do objawów, zachowań, sposobu myślenia.
I odnalazłam w tym siebie.
Tzn nie siebie, ale tę część mnie, która wciąż w tym tkwiła.

Pewnie niezbyt jej miło, że ją uciszam.
Pewnie próbuje się przebić.
Pewnie się zbuntuje jeszcze nie raz.

Jednak czuła część mnie zaczęła nad nią panować.
Rozbrajać ją.
Nakłaniać do kapitulacji.

Jak dopuściłam do głosu tę Czułą?
Zaczęłam pisać listy.
Od Niej do Siebie.
Mówi mi „hej Lidia, możesz inaczej, Ty wybierasz”.

Poczułam dzięki nim, jak ta utarta droga reakcji się rozpuszcza.
Jak cudownym doznaniem jest niereagowanie,
które w zalążku usuwa potencjalną burzę.

Piszę te listy jak do przyjaciółki.
Codziennie rano.
To takie pogaduszki z Intuicją przy kawie.
W strumieniu świadomości.
Z czułością, przytuleniem, pogłaskaniem.
Pełne wsparcia.

Co bardzo ważne – prowadzę dokładne obserwacje wszystkich „igiełek”.
Badam, co się we mnie wówczas pojawia i decyduję, co z tym robię dalej zamiast reagować z automatu.

P.S. To, jak reagowałam nie ma nic wspólnego ze świętym gniewem czy stawianiem zdrowych granic. To objaw współuzależnienia, który potrzebował dramatów, by żyć.