Nie żyjemy po to, by ratować Świat. On sobie daje radę sam.

Nie żyjemy po to, by ratować Świat. On sobie daje radę sam.

Przychodząc…
Zawładnął mym ciałem…

Przyniósł paraliżujący ścisk żołądka.
Wywołał natrętne myśli piszące najgorszy scenariusz.
Zamroził na 3 dni w bezruchu.

Nie działał na niego długopis i zeszyt.
Nie działała na niego medytacja.
Nie działały na niego techniki uwalniania.

Każdy logiczny argument kontrował, znajdował wytłumaczenie, przekształcał.

Lęk.

Stary dobry kumpel sprzed lat?
Nie.

Złodziej energii.
Wyzwalacz stresu.
Manipulator i pasożyt.

A jednak… ŻYWY.
Żywy we mnie.

Siedział cichutko ukryty pod warstwami spokoju, Miłości, radości i CZEKAŁ.

Na TEN MOMENT, w którym wkroczy i rozbroi mnie ponownie.

Poszło mu całkiem dobrze.

Poczucie winy.
Głodówka.
Wycofanie.

Jednak…

Był jak ten obłok na niebie w słoneczny dzień.
Przypłynął. Odpłynął.

Przemijanie to jeden z najpiękniejszych elementów Życia na Ziemi.

A ja?
A ja na niego dziś, kilka dni później, już się nie złoszczę.

Już wiem, że przyszedł PO COŚ.

By przypomnieć mi, że nie da się go przykryć ładnymi słowami.
Że on dalej jest i łaknie uwagi.
Że trzeba przytulić tę zainfekowaną część mnie.
Że pora ściągnąć z barków odpowiedzialność za dobre samopoczucie innych ludzi.
Że nie jestem po to, by ratować Świat.

Przypomnieć mi, że mogę BYĆ NAJWAŻNIEJSZA i bez wyrzutów sumienia dbać o swoje SZCZĘŚCIE.

L.