Nie jestem panterą marketingu, a jednak wychodzi mi… przy okazji.

Nie jestem panterą marketingu, a jednak wychodzi mi… przy okazji.

Gdybym była panterą MARKETINGU, to…

Mogłabym opowiedzieć Ci o tym, że napisałam ebook o byciu wystarczającą, dlatego, że jest to najpopularniejsze przekonanie wśród Kobiet.

Mogłabym też opowiedzieć Ci o tym, że wybrałam format ebooka, dlatego, że ebooki są na topie i sprzedają się jak świeże bułeczki.

Mogłabym w końcu opowiedzieć Ci o tym, jak sprytnie obmyśliłam strategię, przygotowałam świetną promocję, opracowałam fantastyczne bonusy.

(wow, miałabym mnóstwo tematów na świetne wpisy)

Jednak…
TA HISTORIA JEST INNA.

W tej historii zrobiłam to, co czułam.

Bez błysku fleszy.
Bez czerwonego dywanu.
Bez ą, ę i kukuryku.

Otóż najpierw napisałam ebook:
wybrałam wpisy, napisałam nowe,
złożyłam wszystko w całość,
pokolorowałam,
a potem przyszedł do mnie tytuł.

Zamiast wdzięcznej strategii sprzedaży, nie wychylałam się z jego reklamą.

A SZKODA.

Bo choć tytuł ma słaby.
I okładka nie kusi.
To w środku jest naprawdę kawał mojego Serca.

Jednak ja nie potrafię zaplanować tego procesu nawet wtedy, gdy zaplanuję, że mam go zaplanować.

Zagapiam się.
Jestem niecierpliwa.
Nie chce mi się.

To jest ten moment odpuszczania, który nigdy nie powinien nastąpić.

Bo choć uwielbiam działać spontanicznie.
Bo choć kieruję się intuicją.
Bo choć lubię to moje slow podejście.

To dzieła nikt nie kupuje, jeśli jego autor go nie sprzedaje.

(dzieła = biżuterii, obrazu, książki, sukienki, sesji, kursu itd…)

I jasne, sprzedaż może przebiegać lekko, z przyjemnością, nienachalnie, ale naturalnie, ale jednak musi się zadziewać 🙂

Bo wiesz… my sobie możemy mówić o naszej energii, o tym, jak pięknie programujemy intencją naszą twórczość, jak sypiemy magicznym pyłkiem Dzwoneczka, ale…

Jeśli nie podejmujemy działań, to pyłek nie sprawi, że zaczniemy latać.