“Miłość do siebie wyskoczy z lodówki”? – oby tylko z każdej!

Kocham moją twarz, nawet gdy zamiast uśmiechu, jest zalana łzami.
Kocham moje dłonie, nawet gdy nie mogą wyklikać żadnych pięknych zdań.
Kocham moje stopy, nawet gdy ze zmęczenia nie chcą dalej biec.

Gdy te słowa przyszły do mnie wczoraj tuż przed spaniem i zaczęłam je wypowiadać w głowie, poczułam istny błogostan.

To było takie rozpłynięcie się w uczuciu spokoju.

Ja nie wiem, czemu akurat te słowa w akurat ten wieczór tak zadziałały.
Nie mam potrzeby tego analizować.
Jednak skoro przyszły i wybrzmiały, to miało tak właśnie być.

Jak często mówisz sobie KOCHAM?

Wiesz… ja jako miłosny głodomór, szukałam słowa KOCHAM na zewnątrz.
Miałam jakby szablon zachowań, które świadczą o Miłości od Męża.
Kiedy wychodził poza ten szablon, wpadałam w furię, że “tak się miłości nie okazuje.”
Bardzo liczyłam w życiu na autorytety.
Na słowo KOCHAM wyrażone w postaci docenienia, gratulacji, poklepania po ramieniu.
Aż uslyszałam: “Lidia, mogę Ci mówić, że jesteś świetna, ale Ty sama w to nie wierzysz.”
Chciałam Miłości od Życia, ale je totalnie warunkowałam.
Obrażałam się za to, że tych warunków nie spełnia, no to dostawałam po głowie bardziej.

Dzisiaj mój związek ma się bardzo dobrze.
Autorytetem jestem dla siebie sama.
A Życiu ufam otrzymując od niego wsparcie.

Słowo KOCHAM jest ze mną naturalnie.
A moja miłość do siebie jest siłą twórczą.
No i łagodnieję.

Wiesz, może się wydawać, że “kochaj siebie” wyskoczy zaraz z lodówki.
Że to takie oklepane, że za proste, że trzeba jakichś wyszukanych słów, działań, by SIĘ SPISYWAĆ W ŻYCIU.
Ale co, jeśli to jest jedyny klucz?
Co jeśli wszystkie inne możesz wyrzucić?

Co jeśli właśnie tym kluczem otworzysz wrota do swojego szczęśliwego życia?

Nie ma co się opierać, nie ma na co czekać, gdy już pora złapać za klamkę.